Rex Features/East News

Wiedźmin Netflixa, czyli piękna katastrofa

Czy drugi sezon Wiedźmina dobrze się ogląda? Oczywiście. Czy został zrealizowany z rozmachem? Został. Czy zapewni rozrywkę wielbicielom fantastyki i kina akcji? Bez wątpienia. Czy jest to opowieść o wiedźminie Geralcie z Rivii, postaci stworzonej przez Andrzeja Sapkowskiego? Obawiam się, że nie. Gdyby wiedźmin nazywał się "Conan" i pochodził z Jowisza, nie stanowiłoby to żadnego problemu dla spójności całej historii opowiadanej przez Netflix.

To oczywiście nie będzie tekst wyrażający oburzenie na casting do serialu i obsadzenie (o zgrozo!) ciemnoskórych aktorów w rolach elfów. Twórczość Sapkowskiego to ponowoczesna mieszanka czerpiąca z tylu wzorców kulturowych, że doszukiwanie się w niej jakiegokolwiek schematu "prawdziwej słowiańskości", albo (co jeszcze gorsze) "polskości" graniczy z obłędem.

Rozsądnym też wydaje się zrozumienie, że nie jest to "ekranizacja 1:1" Wiedźmina, tylko "adaptacja". Dlatego, oczywiście, autorzy serialu mają prawo opowiadać swoją historię, tak jak im się żywnie podoba, obsadzać w głównych rolach każdego, kogo uznają za stosowne i naginać prawa uniwersum stworzonego przez Sapkowskiego.

I tu, według mnie, przywileje twórców serialu się kończą, a zaczynają obowiązki. Jeśli, bowiem serial nosi tytuł "Wiedźmin", spodziewam się, że bohaterem będzie stworzona przez polskiego autora postać Geralta.

Czy leci z nami Geralt?

Pierwszy sezon spełnił moje oczekiwania w stu procentach. Geralt, był ubrudzonym życiem na szlaku, gburowatym mrukiem, który jednak potrafił błysnąć ciętą ripostą, filozoficzną sentencją albo zgryźliwym czy gorzkim komentarzem. Geralt miał swoje życie, swoje motywacje, swoją ponurą przeszłość i jeszcze mniej ciekawą przyszłość. Geralt pewne rzeczy lubił, innych nie. Czasem sięgał po miecz, czasem odpuszczał. Geralt miał również emocje i uczucia, które mimo przejścia wiedźmińskich rytuałów doskonale potrafił wyrażać. W drugim sezonie, twórcy, z bliżej niezrozumiałych dla mnie powodów postanowili całkowicie odejść od tego wizerunku.

Rex Features/East News

Netflixowy Geralt drugiego sezonu, to gość tak bardzo pozbawiony jakiegokolwiek tła i zdolności sprawczych, postać tak wyrugowana z jakiejkolwiek charyzmy i siły przyciągania, że z dużym współczuciem obserwowałem aktorskie starania wcielającego się w rolę Henry Cavilla.

Geralt, z głównego bohatera został zredukowany do roli ochroniarza Ciri. Nie interesuje go już wiedźmiński fach, nie interesuje go świat, kobiety, Yennefer, Triss, przyjaciele, z którymi wiązała go nierozerwalna (wydaje się) więź. Geralt nie ma nic ciekawego do powiedzenia, stracił poczucie humoru. Udziela tylko ojcowskich rad swojej podopiecznej i zachowuje się jak golem stojący na straży młodej dziewczyny, która, jak serial stara się nam przekazać w niemal każdym odcinku radzi sobie doskonale sama. Mówiąc krótko, Geralt z Rivii stał się zbędnym elementem tego widowiska.

Nie wiem, w jakim kierunku zmierza adaptacja Netflixa, ale wyczuwam, że autorom chodzi raczej o opowiedzenie historii Ciri i umieszczenie Geralta w tle głównego nurtu wydarzeń. I choć widowisko Netflixa można uznać za spektakularne i momentami naprawdę pomysłowe, to zmarnowanie potencjału jednej z najbardziej wyrazistych postaci świata popkultury uważam za prawdziwą katastrofę.

Autor:
redaktor depesza.fm
Wydawcą depesza.fm jest Digital Avenue sp. z o.o.
Obserwuj nas na
Udostępnij artykuł
Facebook
Twitter
Następny artykuł