Warner Bros.

Depresja Nietoperza, czyli "The Batman" [RECENZJA]

Kryminalne zagadki, noirowy mrok i przytłaczający smutek. Nowa odsłona opowieści o Batmanie to próba nadania komiksowej opowieści autorskiego, żeby nie powiedzieć, artystycznego charakteru. Tylko czy na pewno udana?

Smutek i mrok

Mijają dwa lata odkąd Bruce Wayne (Robert Pattinson) rozpoczął karierę superbohatera. Ma już trochę wprawy w batmanowaniu, ale jeszcze nie do końca odnajduje się w realiach Gotham City. Wciąż nie jest pogodzony ze śmiercią rodziców, a swój ból przekuwa w walkę o sprawiedliwość – jednak ta taktyka okazuje się pułapką. Ten Batman doskonale zdaje sobie bowiem sprawę z nietrwałości swoich wysiłków. Cokolwiek zrobi, zawsze będzie to zbyt mało; nie nastąpi żaden świt sprawiedliwości; a problemy świata nie znikną od kilku ciosów pięścią. Dlatego cechą tego bohatera jest dojmujący smutek, a cały film spowity jest przytłaczającą mgłą depresji.

Matt Reeves, który przejął projekt po Benie Afflecku, chciał filmu skoncentrowanego na psychologii bohatera, a inspiracji dostarczyła mu postać Kurta Cobaina. Batman Pattinsona nie przypomina więc milionera-playboya. Całe dnie spędza w gotyckiej rezydencji, za towarzystwo mając tylko Alfreda (Andy Serkis) i starą gospodynię. Nie interesują go nawet losy własnego majątku, brak w nim większej chęci do życia – właściwie jedyne co trzyma go na powierzchni, to bieganie w pelerynie po ulicach Gotham.

Taki pomysł na postać Wayne’a ma sporo potencjału – szkoda tylko, że twórcy zapomnieli dopisać Batmanowi inne cechy charakteru. Bruce jest smutny. Bruce się nie uśmiecha. Bruce patrzy ponuro, milczy i posępnie odwraca wzrok. Bo jest bardzo smutny… W efekcie jest też niestety nudny – wyprany z osobowości i zagrany na jednej nucie. A emo makijaż, szczękościsk i napuszony monolog sprawia, że często wręcz groteskowy – tak śmiertelnie poważny, że aż trudno traktować go poważnie.

Batman na tropie

Na plus trzeba zapisać zastosowanie schematu historii detektywistycznej. Dzięki temu jest to najbardziej wyciszony i skoncentrowany na opowieści film o Batmanie, jaki kiedykolwiek powstał. Bruce i porucznik Gordon (Jeffrey Wright) przemierzają Gotham od jednego miejsca zbrodni do drugiego, starając się rozwikłać zagadki pozostawione przez Riddlera (Paul Dano), zabójcę pragnącego oczyścić miasto ze zła. Śledztwo prowadzi Batmana do nocnego klubu gangstera Pingwina (Colin Farrell), gdzie poznaje tajemniczą Kobietę Kot (Zoë Kravitz). Tropiąc Riddlera, Wayne stopniowo odkrywa prawdę o siłach rządzących miastem.

W porównaniu do większości komiksowych adaptacji jest tu niewiele scen walk, za to całkiem sporo oględzin miejsc zbrodni, analizy dowodów i łamania szyfrów. Bazą dla fabuły jest kilka komiksów, ale również historia Zodiaka – do mordercy nawiązuje chociażby wygląd Riddlera czy zostawiane policji kartki świąteczne. Twórcy filmu usilnie starają się zbudować skomplikowaną opowieść neo-noir pełną mylnych tropów, niegodnych zaufania postaci i tajemnic sprzed lat.

instagram.com/thebatman

Matt Reeves i spółka podeszli do filmu z całym naręczem aspiracji i inspiracji. Zaowocowało to wspomnianą już dominacją opowieści nad widowiskiem, co nie oznacza, że zapomniano o stronie wizualnej. Wręcz przeciwnie – wyraziste kadry konsekwentnie utrzymane są w tłustej czerni i rdzawym pomarańczu, światło przyjemnie kontrastuje z mrokiem, a walki i pościgi mają swoją ponurą glorię.

Blockbuster kontra kino autorskie

Nie oceniam “Batmana” jako adaptacji. Przez cały seans zastanawiałam się, czy w ogóle oceniać go w kategorii klasycznego filmu. Ostatecznie zdecydowałam, że nie dam mu taryfy ulgowej, którą stosuje się w mówieniu o komiksowych blocbusterach – a to z tego powodu, że twórcy bardzo chcą z komiksowej szufladki uciec. Spełnię więc ich życzenie i spojrzę na “Batmana” jak na kino z prawdziwego zdarzenia. Co widać?

Niedopracowanego głównego bohatera. Niewykorzystany potencjał Roberta Pattinsona. Garść jednowymiarowych postaci drugoplanowych. Kryminalną fabułę, która mogłaby intrygować, ale zbyt szybko odsłania karty – a te, których nie odsłania i tak nie są szczególnie fascynujące (nie, wałkowanie po raz setny śmierci Wayne’ów to nie jest fabularne odkrycie roku). Grzęzawisko patetycznych gestów, łzawych dywagacji i banalnych symboli, które spowalniają i infantylizują opowieść.

“The Batman” niby ma wszystkie instrumenty, by stworzyć poruszającą historię, ale poprzestaje na półśrodkach. Temperatura akcji jest letnia i jakoś trudno przejmować się bohaterami. Co dziwi tym bardziej, że twórcy postarali się o silne nawiązania do współczesności, z problemem klasowości i grup incelskich na czele. Jednak o ile w “Jokerze” zaburzenia psychiczne, społeczne odrzucenie i nierówność w dostępie do dóbr były mięsem opowieści, w “Batmanie” są tylko poręcznym rekwizytem pozbawionym siły rażenia (btw, czy Bruce Wayne bez majątku rodziców stałby się incelem?)

Quo vadis, Batmanie?

“The Batman” pojawił się na ekranach w ciekawym momencie. Z jednej strony mistrzowie kina amerykańskiego, z Martinem Scorsese na czele, ubolewają na zalewem sztampowych produkcji o znikomej warstwie fabularnej. Z drugiej strony Oscarowa Akademia debatuje nad utworzeniem specjalnej kategorii dla superprodukcji, a Samuel L. Jackson głośno kibicuje pomysłowi.

Na przestrzeni ostatnich lat “Logan” i “Joker” wywalczyli sobie miejsca wśród "poważnych filmów", udowadniając, że komiksowe historie można przekuć w dobre produkcje. Być może “The Batman”, ze wszystkimi swoimi wadami jest początkiem nowej ery dla filmów komiksowych – ery autorskiej, artystycznej, zainteresowanej rozwijaniem opowieści. Być może – DC Cinematic Universe nie raz już przecież zboczyło na manowce.

Wydawcą depesza.fm jest Digital Avenue sp. z o.o.
Obserwuj nas na
Udostępnij artykuł
Facebook
Twitter
Następny artykuł