Wojciech Olkusnik/East News

Jaki plan miał Michniewicz - nie wiadomo. Wiadomo, że plan nie zadziałał

Polacy dużo biegają, Polacy dużo "walczą", Polacy mają indywidualne przebłyski. Ale wystarczyło, że Holandia przyspieszyła dwa razy i znokautowała kadrę Michniewicza, który był bezradny przy linii. Wyglądało to źle, a perspektyw na poprawę nie widać.

Rozpaczliwa taktyka

Niby człowiek się łudził. A nie powinien był. Jeśli ktoś marzył o zobaczeniu słynnej "polskiej myśli szkoleniowej" w działaniu, to nie mógł wymarzyć sobie lepszego widowiska niż mecz Polska-Holandia na Stadionie Narodowym. Chaos i bazowanie na pojedynczych zrywach poszczególnych zawodników. A zawodników zdolnych do zrywów mamy może dwóch.

Dzisiaj przyzwoicie zagrał Robert Lewandowski, który dwoił się i troił, ale tradycyjnie już był w kluczowych momentach sam z dwoma-trzema obrońcami przeciwnika na plecach. Na nic zdały się jego nawoływania do szybszego wychodzenia do kontrataków, pokazywania się do gry i wybiegania na wolne pozycje. Kiedy przejmowaliśmy piłkę, do akcji ruszało trzech, czterech piłkarzy z orzełkiem na piersi, a Holendrzy bardzo szybko organizowali się w obronie.

Najjaśniejszym punktem polskiej reprezentacji był dzisiaj często krytykowany Piotr Zieliński, który przeżywa fantastyczny okres w swojej karierze. Widać było u niego luz, kontrolę i umiejętności nieosiągalne dla żadnego innego polskiego piłkarza.

Wprowadzenie w drugiej połowie Arkadiusza Milika i przejście na polskie osławione ustawienie z dwoma napastnikami, ożywiło grę na kilkanaście minut. Milik zdążył jeszcze zmarnować stuprocentową sytuację, a potem Holendrzy po prostu bawili się piłką i nie zamierzali specjalnie się przemęczać.

Na Polaków niewiele trzeba

Różnica klas była dzisiaj widoczna. Mieliśmy momenty, ale momenty na 90 minut, to za mało. - stwierdził po meczu Bartosz Bereszyński

A potem tradycyjnie: "że trzeba wyciągnąć wnioski", "że z Walią to będzie zupełnie inny mecz" i tak dalej. Wszyscy to znamy. Prawda jest jednak taka, że na Polaków pod światłym przewodnictwem Czesława Michniewicza niewiele trzeba, żeby odnieść sukces. Nasi oponenci zawsze mogą liczyć na Kamila Glika, który niestety metryki już nie oszuka, a dziś zawalił dwie bramki: raz spóźniając się do przecięcia dośrodkowania i drugi, gdy fatalnie wyprowadził piłkę z własnego pola karnego.

Holendrzy nie zagrali spektakularnie. Wygrali gładko, dwukrotnie przyspieszając grę i rozklepując naszą obronę, jak na boisku szkolnym. W obronie jesteśmy fatalni i nie radzimy sobie z zespołami grającymi szybko i nowocześnie. W ataku jesteśmy bezradni, a słynna "laga na Robercika" to nasz główny sposób na zbudowanie akcji.

Czesław Michniewicz tej kadry nie zbawi - to było wiadome od początku. Szkoda jednak, że nie jest trochę odważniejszy w swoich decyzjach personalnych i młodych debiutantów wpuścił dzisiaj dopiero, gdy mecz był już przegrany, a atmosfera na boisku i trybunach raczej nie niosła, jak na skrzydłach. Gra z Glikiem i Krychowiakiem już po prostu nie ma najmniejszego sensu. Polska-Holandia 0:2. Lekko, łatwo i przyjemnie.

Autor:
redaktor depesza.fm
Wydawcą depesza.fm jest Digital Avenue sp. z o.o.
Obserwuj nas na
Udostępnij artykuł
Facebook
Twitter
Następny artykuł